Michał Ciesielski: Nacjonalizm a wola narodu

Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że pogląd, przyznający narodowi tak dużą wagę, jak czyni to nacjonalizm, powinien być z samej swojej natury demokratyczny. Skoro naród jest podstawą państwa, najpełniejszą wspólnotą ludzi i „pierwszą po Bogu miłością”, to oddanie władzy w ręce narodu, jak nazywano proces demokratyzacji od czasów Rewolucji Francuskiej, należałoby uznać za spełnienie marzeń każdego narodowca. Często jednak ruchy nacjonalistyczne krytykowały lub skutecznie obalały demokrację, nie podzielając poglądu, że władza powinna pochodzić z „woli narodu” wyrażanej w powszechnym głosowaniu.

Zacznijmy od przypatrzenia się temu, co kryje się pod pojęciem narodu. Za przykład demokratycznej definicji narodu, w sensie politycznym, niech nam posłuży konstytucja III RP. W jej preambule możemy przeczytać: „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Utożsamienie narodu z aktualnymi obywatelami państwa jest typowe dla poglądów równościowych (egalitaryzm) lub ubóstwiających państwo (statolatria), jednak dla narodowca jest nie do przyjęcia. Naród nie jest bowiem sumą przypadkowo zebranych w jednym miejscu ludzi, ale żywą wspólnotą obejmującą wiele pokoleń, ludzi posiadających konkretną historię, wartości i kulturę. Za części składowe narodu nie możemy uznać każdego człowieka z osobna, tak jakby był „wolnym elektronem” niezależnym od innych, ale raczej wspólnoty i grupy społeczne oddziałujące między sobą na różne sposoby i z różnym nasileniem. Powszechne głosowanie zrównuje wszystkich i ignoruje różnice oraz zależności pomiędzy ludźmi i społecznościami, tworząc iluzję jednakowej odpowiedzialności i wpływu wszystkich obywateli na życie społeczne. Z tych powodów wiele ruchów nacjonalistycznych odrzuca postrzeganie wyniku wyborów czy referendów jako „woli narodu”.

Ważne spostrzeżenie w omawianej kwestii poczynił C. Codreanu. Pisał on, że naród obejmuje tych, którzy umarli, tych, którzy żyją współcześnie i tych, którzy dopiero się narodzą. Spośród tych trzech grup demokracja odwołuje się jedynie do drugiej, przyjmując głos choćby 51% spośród głosujących jako wolę całego narodu. Podobnie G. K. Chesterton nazwał Tradycję uczestniczeniem przeszłych pokoleń w sprawowaniu rządów, co można by nazwać „międzypokoleniową demokracją”. Z kolei dobro przyszłych pokoleń zwykle jest poświęcane na rzecz dogodzenia mniej lub bardziej sensownym potrzebom wyborców. Żadna partia nie odważy się na politykę przynoszącą efekty dopiero w następnym pokoleniu, bo oczywiste jest, że przegrałaby wybory z tą, która obieca coś tu i teraz. Politycy, by poszerzyć swój elektorat, chętnie zapewniają kolejnym grupom społecznym specjalne przywileje, co często jest niekorzystne dla całego narodu. W ten sposób demokratyczne głosowanie i określana przez nie „wola narodu” stają się plebiscytem popularności ludzi i obietnic, a nie wyrazem odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość wspólnoty. Co więcej, konstytucyjna definicja wyklucza z narodu tych Polaków, którzy nie posiadają obywatelstwa III RP, choć wskutek tragicznych wydarzeń ostatnich wieków jest to bardzo duża grupa ludzi czujących się Polakami, skazanych przez polskie i sąsiednie władze na izolację od reszty rodaków. Z drugiej strony do Narodu Polskiego włącza ona przybyszów, którzy zdołali otrzymać obywatelstwo, co, jak wiemy, nie musi wcale świadczyć o przywiązaniu i poczuciu jedności z Polską.

Nacjonalizm chrześcijański, choć zawsze skupiony na konkretnym narodzie i jemu służący, ma w sobie pierwiastek uniwersalny wynikający z religii. Jest nim prawo Boże, którego przestrzeganie jest obowiązkiem państwa, niezależnie od warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Demokracja sama w sobie nie broni żadnych praw uniwersalnych, ponieważ ustrój jest zależny od poglądów większości. Dla nacjonalisty-chrześcijanina wola większości nie jest usprawiedliwieniem czynienia zła lub tworzenia prawa na to zło przyzwalającego. Dlatego, choć głos ogółu ludzi nie powinien być ignorowany, to w sprawach odnoszących się bezpośrednio do obiektywnej Prawdy nie może być decydujący. Głosowanie bowiem nie sprawi, że zło stanie się dobrem, a dobro złem, ale może jedynie doprowadzić do łamania prawa Bożego w majestacie prawa ustanowionego przez ludzi. Katolicyzm za podstawę legalności władzy uznaje respektowanie przez nią Bożych przykazań, a nie legitymację z powszechnych wyborów.

Jeśli więc katolik chce być demokratą, nie może być demokratą radykalnym, absolutnym. Musi pamiętać, że głos większości, gdy jest sprzeczny z prawem naturalnym i prawem Bożym, staje się tylko alarmem wzywającym do ewangelizacji, a przestaje być legalnym źródłem władzy. Bałwochwalstwem jest słyszane niekiedy zdanie, brzmiące „z katolickiego punktu widzenia to jest złe, ale skoro większość tak zadecydowała, to tak powinno być”. Jest to wyraz postawienia Człowieka (jako matematycznej sumy ludzi) i jego woli ponad wolą Bożą, analogiczny do kultu jednostki, w której Człowiekiem jest jedna osoba, a jej rządy są niczym nieskrępowane.

Podstawowym prawem ludzi jest być rządzonym dobrze, a nie posiadanie udziału w wybieraniu władzy. Skoro tak, to błędem jest rozszerzenie prawa wyborczego i zrównanie w głosie wszystkich obywateli państwa. Po pierwsze stwarza to sytuację, w której głos wybitnych jednostek jest zagłuszony przez krzyk tłumu, który nie jest w stanie pojąć wielu zagadnień z dziedziny polityki, a po drugie nie bierze pod uwagę kryterium moralnego. Wyjątkiem jest tutaj pozbawienie praw wyborczych niektórych przestępców, jednak wciąż pozostaje ogromna liczba czynnych wyborców, którzy decydując o całym państwie kierują się egoistycznymi pobudkami, nie zważają na dobro wspólne lub są wręcz zwolennikami zniszczenia tego państwa i rozwiązania wspólnoty je tworzącej (komuniści, anarchiści, kosmopolici). Tym samym oddajemy odpowiedzialność za naród ludziom, którzy są jego zajadłymi wrogami. Porównać to można do wprowadzenia satanistów do rady parafialnej lub sadysty do zarządu szpitala.

Z powyższych argumentów wynika, że wola narodu nie wyraża się w powszechnym głosowaniu, gdyż nie wszyscy obywatele są członkami narodu, wielu z nich nie jest świadoma znaczenia tego faktu, a jeszcze inni są jego wrogami. Wolą narodu (w sensie raczej metaforycznym) jest długotrwałe działanie zgodne z tradycją danej wspólnoty, wypływające z jej moralności i prowadzące ją do wielkości, sprawiedliwości wewnętrznej, bezpieczeństwa zewnętrznego i wypełnienia swej misji. Wiązanie zaś nacjonalizmu z demokratyzmem, rozumianym jako pogląd o prawowitym pochodzeniu władzy jedynie z powszechnych wyborów, jest całkowicie błędne.

Źródło: https://kierunki.info.pl/2016/02/michal-ciesielski-nacjonalizm-a-wola-narodu/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *